Po wielu namysłach przy wyborze swojego nowego distra, miałem wiele wątpliwości. Pod uwagę brałem trzech kandydatów – Ubuntu, OpenSuse oraz Fedorę (choć pod uwagę brany był też Debian). Distra z dwóch różnych gałęzi – pakiety Deb oraz manager Aptitude i Rpm z yum.
Zarówno Ubuntu oraz Debian, jak i OpenSuse z Fedorą, to dwie różne filozofie systemu. Postanowiłem jednak zainstalować to, co najbardziej mi odpowiadało...
Wybór padł na Fedorę 12. Przyznam, że przez chwilę zagubiłem się nieco w filozofii i obsłudze systemu. Do rzeczy jednak.
Przywitał mnie ładny instalator. Na szczęście nie było już obowiązku „ciachania” dysku na /boot i tym podobne, więc upchnąłem wszytko na partycji głównej - /. Jako, iż pobrałem wersję DVD, szybko przystąpiłem do tego, jakie pakiety zainstalowane mają być w systemie. Raczej nie lubię środowiska KDE4, więc domyślnym dla Fedory pozostało GNOME. Instalacja przebiegła sprawnie, może troszkę dłużej niż inne distra, lecz i tak szybciej niż instalacja Microsoft Windows.
Po raz pierwszy zdecydowałem się użyć systemu plików ext4, więc zdziwiony byłem szybkością bootowania systemu. Nie minęło parę sekund, a przywitał mnie ekran logowania. Bardzo spodobała mi się stylistyka Fedory – błękitna tapeta oraz błękitny kolor folderów. Miły odpoczynek od brązu Ubuntu czy szarości standardowych themów Debiana. Owszem, można to zmienić i tam, mam tego świadomość, lecz domyślny theme o nazwie „Fedora”, zwyczajnie bardzo mi się spodobał.
Niestety dalej było już nieco gorzej, choć wynikało to po części i z błędów samego systemu, jak i mojej niewiedzy wynikającej z przesiadki na nieznany mnie typ systemu, gdyż przesiąkłem pakietami Debiana i obsługą jego managerów. Jako, iż korzystam z połączenia PPPoE, ustanowiłem szybko w konsoli połączenie, zaznaczając jednak, by startowało ono wraz ze startem systemu i każdy miał prawo owe połączenie ustanowić. Niestety tak się nie stało – połączenie nie startowało, a uruchomić mógł je wyłącznie root. Pierwszy błąd systemu. Ostatecznie mogłem jednak klepać co uruchomienie „/sbin/ifup ppp0”, ale nie jest to chyba satysfakcjonujące rozwiązanie. Z obawą podszedłem do czegoś, co zwie się Network Manager. Pamiętam go z dawnych czasów, gdy mało co szło nim jeszcze ustanowić, więc miałem pewne wątpliwości co do jego funkcjonalności. Okazało się jednak, że czas idzie do przodu, więc bez problemu mogę ten typ połączenia w Network Managerze wyklikać. Tutaj jednak wyszedł mały bug NM – mianowicie nie można zapisać połączenia jeśli zaznaczona jest opcja łącza dostępności dla wszystkich (bug zgłoszony). Jeśli nie zaznaczymy owej opcji – NM połączenie zapisze i ustanowi. Innym bugiem wspomnianego managera jest, iż co parę uruchomień systemu, postanowi po prostu dostać regresu w połączeniu. Nie może takowego ustanowić, prosząc o wpisanie hasła PPPoE. Po jego wpisaniu monit pojawia się ponownie i taką zabawę możemy prowadzić do wieczora. Rozwiązaniem jest skasować poprzednie połączenie i utworzenie nowego. Tyle, jeśli o Network Manager chodzi.
Kolejną rzeczą z jaką się borykałem, był Yum – odpowiednik Aptitude (lub Apt-Get, jeśli ktoś bardziej go lubi). Okazało się, iż jest on bardzo podobny do wspomnianego Aptitude, więc przestawiłem się bez większych problemów. Rzeczą, która jednak bardzo szybko mnie uderzyła, było to iż...Yum usuwał później tylko pakiet, zostawiając w systemie wszystkie zależności. Tak – pobierał np. 70MB zależności i nie usuwał ich, wyrzucając tylko przykładowo zajmujący 2MB program, pomijając jego depends. Bardzo mnie to irytowało. Rozwiązaniem okazało się doinstalowanie do Yum pewnego pluginu (napiszę o tym w niedalekim czasie). Teraz przy wyrzucaniu programu wystarczy dodać jeden parametr do komendy i program wyrzucany jest razem z jego zależnościami. Niestety tu dochodzimy do kolejnego paradoksu - jak nie wyrzuca zależności, to czasem przy użyciu pluginu jest z nimi nadgorliwy. Często przy usuwaniu danej gry czy programu, Yum wyrzuca pakiet związany z czcionkami DejaVu Sans. Rozumiem w tym wypadku Yum – pakiet leży w systemie odłogiem, bo gra używała go, a skoro gra jest wyrzucana, to dla Yum pakiet teoretycznie jest niepotrzebny...Tylko że w tym przypadku to lekka nadgorliwość, bo cały system korzysta z czcionki Sans (niemalże) :-) Właśnie zauważyłem, że chcąc odinstalować OpenOffice, zamierza usunąć cztery pakiety z różnymi czcionkami :-) Także tu przyda się aktywny internet, by na bieżąco dociągać pakiety z wyrzuconymi przed chwilą czcionkami :-) Nie możemy też sugerować się potencjalną wygodą, jaką oferuje systemowa wersja Dodaj/Usuń Aplikacje. Powód jest ten sam co w standardowym konsolowym Yum – nie usuwa zależności. Jaki z tego wniosek? Ktoś, kto tego nie preferuje, nauczyć musi się korzystać z używania Yum z poziomu konsoli oraz odinstalowywać aplikacje z użyciem parametru wyrzucającego zależności.
Innym problemem który mnie spotkał była akceleracja 3D. Na Debianie używałem otwartych sterowników RadeonHd, które w repo Fedory występują w najnowszej wersji 1.3.0. Zainstalowałem je, wygenerowałem plik xorg.conf i przez parę najbliższych dni owych sterowników używałem. Jednym z problemów z jakimi się borykałem było rysowanie okienek oraz powolna praca przeglądarki przy przewijaniu stron. Zaskoczeniem było, gdy uruchomić chciałem grę Extreme Tux Racer. Gra zwróciła mi monit, iż nie uruchomi się, ponieważ...nie mam akceleracji 3D. Jak to, a RadeonHd, które z pudełka już ją dostarczają? Cóż...zacząłem więc pytać. Okazało się, iż cała wina w rysowaniu okienek, zwolnieniu systemu oraz braku 3D, to po prostu zwykły regres. Po raz pierwszy dowiedziałem się również, że sterowniki „Radeon” obejmują moją kartę :-) Miłym zaskoczeniem było działające płynnie Quake Live oraz Extreme Tux Racer. Także problem z akceleracją rozwiązany, choć jak wiadomo – wszystkiego nie uruchomię na owych sterownikach.
Inną rzeczą, jaka troszkę może irytować to nieco nadgorliwy SELinux – podejrzanym jest dla niego uruchamiany dzięki Wine program czy ustanawiane połączenia przez Network Manager. Szczytem było dla mnie wyłożenie się pakietu OpenOffice.org przy otwieraniu managera rozszerzeń, o czym SELinux ładnie mnie poinformował. Oczywiście był to Ooo z oficjalnej polskiej strony. Dla SELinux jest on już podejrzany, natomiast OpenOffice z repo dziwnym trafem już podejrzany nie jest i wszystko działa.
Troszkę problemów sprawiło mi też dobranie odpowiednich czcionek. Domyślnie są lekko poszarpane i rozszerzone. Dwa wieczory zajęło mi, nim wreszcie ustawiłem wszystko tak, by czcionki nie męczyły moich oczu. Nie obyło się oczywiście bez zmiany czcionki systemowej.
Ogólnie Fedora spodobała mi się, choć potrzebne libsy nie są luzem jak w Debianie, lecz zaszyte w pakietach. Manager pakietów Yum najlepiej obsługiwać z poziomu konsoli i nauczyć się używać go z parametrami. PulseAudio jak to Pulse – wymaga jeszcze dopracowania. Distro zagości u mnie dłużej, pomimo nadgorliwego Yum (z użyciem parametru). Niestety troszkę wizję psuje fakt, iż Fedora potrafi być podobno niestabilna. Osobiście prócz wymienionych drobnych błędów wszystko na moim PC działa, lecz jeśli poczytamy komentarze o wydanej Fedorze 12 na polskiej stronie głównej, możemy przeczytać, iż podobno Fedora idzie na dno, Red Hat zaczyna ją psuć, nie działa użytkownikom, sterowniki Nvidia to problem itd. Dlatego przyznam szczerze, iż troszkę już dziś boję się upgradu do przyszłej Fedory 13...



0 komentarzy:
Prześlij komentarz